środa, 25 września 2013

Co nowego

Dawno nie pisałam, dlatego chciałam na początku was przeprosić za mój brak wkładu w bloga. Strasznie dużo ostatnio się działo przez ostatnie tygodnie.

Po pierwsze:
Zaczął mi się semestr na studiach. Dla tych co nie wiedzą studiuję film animowany w Academy of Art University. Od razu pełno roboty, gdyż każdy nauczyciel od razu zadał nam projekty, które zajmują sporo czasu. Biorę w tym semestrze zajęcia z rysunku anatomicznego zwierząt (przychodzą na zajęcia żywe zwierzęta, takie jak konie, psy, lemury, rysie, lamparty, wilki, oraz chodzimy do zoo i rysujemy zwierzaki).
Kolejne zajęcia to storyboarding, jest to jeden z procesów produkcji filmowej, gdzie rozrysowuje się wszystkie sceny, kadry, postaci, światło itd. Trzecie zajęcia uczymy się jak zdobyć pracę, napisać resume( takie krótsze CV) , cover letter i ogólnie umieć się sprzedać. Ostatnie moje ulubione, czyli projekt specjalny, produkcja filmów animowanych. Do tej klasy zapisują się tylko osoby które zostały zaproszone przez nauczycieli i tworzy się film animowany który ma później wyjść na świat. Klasa nie jest ukazana publicznie, dlatego musiałam pisać do mojego advisor'a ( ktoś kto załatwia moje papierkowe sprawy) żeby mnie zapisał.

 Niby tylko 4 przedmioty, ale każdy wymaga po 10h pracy domowej i gotowe projekty na kolejne zajęcia.

Po drugie:
Przeprowadziłam się. Trzeba było całe mieszkanie zebrać i się wynieść co łatwe nie było, bo sporo się tego uzbierało. Do nowego, większego, tańszego z szybszym dojazdem do centrum. Co prawda teraz mieszkamy w czwórkę, ale mamy zmywarkę i garaż! A widok na Daly City jest przepiękny. Normalnie luksus.

Po trzecie:
Dostałam pracę na pół etatu. Pracuję w japońskiej restauracji i dopiero się uczę, więc dostaję najniższą stawkę miastową. Restauracja jest w centrum i na wynos. Ja robię wszystkiego po trochu, czyli przygotowuję jedzenie na dzień, przyjmuję klientów, wczoraj uczyłam się robić sushi. Wracam codziennie zmęczona, bo w pracy nie ma czasu nawet usiąść, a po pięciu-godzinnym staniu i lataniu, nogi odmawiają posłuszeństwa.

Po czwarte:
Mieliśmy w nowym mieszkanku mały pożar. Sytuacja była istnie komiczna. Wstawiłam obiadek do odgrzania w piekarniku i usiadłam na moment żeby dać odpocząć nogom po dniu pracy. Nagle czuję, coś się pali. Wstaję więc i idę do piekarnika. Otwieram drzwiczki, a mym oczom ukazał się ogień. "O ogień." pomyślałam i zamknęłam drzwiczki..." Zaraz.... OGIEŃ !!!!" Krzyknęłam w myślach i otworzyłam drzwiczki ponownie tym razem szybciej i zobaczyłam płomienie w piekarniku. "Zaraz, ogień, płomienie... to tak powinno działać ?... nie wiem... to normalne????..... TOOOMEEEEK!!!!". Dzielny Tomasz skoczył po gaśnicę, ugasił smoka i zadzwonił po straż. Wszyscy sąsiedzi musieli wyjść z budynku, a w przeciągu 30 sek pojawiły się trzy wielkie wozy strażackie a dwa krążyły w okolicy. Okazało się, że niepotrzebnie przyjechali bo problem został ugaszony. Tylko teraz mamy cały salon i kuchnię pokrytą białym kurzem i pyłem.




Tak tak, ostatnie dwa tygodnie były niesamowicie załadowane, ale już powoli wracam do normy i porządkuję sobie plan tygodnia. Spróbuję napisać znowu za tydzień, a do tego czasu, dodam parę nowych zdjęć do albumów.

Trzymajcie się!



Pier 39, San Francisco

środa, 4 września 2013

Japantown

Japońskie miasto, to malutka dzielnica niedaleko centrum miasta, która praktycznie mieści się w zaledwie czterech blokach. Dla tych co nie wiedzą, amerykańskie miasta budowane są tak, że ulice tworzą kratkę, jedna kratka nazywana jest blokiem. No więc wracając do japońskiego miasta, jest naprawdę maleńkie, ale mimo to warto zajrzeć zwłaszcza jeżeli interesuje się kulturą wschodnią.
Jest to dosyć przyjemne i spokojne miejsce. Po środku znajduje się mały placyk z dużym pomnikiem który daje cień zmęczonym turystom a dzieciakom frajdę, bo fajnie jest pobiegać dookoła dziwnego statku kosmicznego.
Tak naprawdę Japantown to po prostu japońskie centrum handlowe. Są tutaj sklepiki, księgarnie, spa no i oczywiście to co najlepsze czyli restauracje z przepysznym sushi. Tak, właśnie w tym Japantown nauczyłam się jeść i zakochałam w tej potrawie. Dla początkujących polecam bento, jest tanie i można się najeść. Bento to zestaw w którym zwykle jest ryż, jakieś mięso, sałatka, sushi i miso zupka ( rosół z suszonej ryby, przepyszny!)
Raz na jakiś czas organizowane są tutaj różne festiwale, najczęściej konwenty mangi i anime. Zlatują się wtedy fani poprzebierani za swoje ulubione postacie, o ile Japończycy nawet fajnie wyglądają w strojach, to już okrągli amerykanie nie bardzo, ale można się pośmiać, ewentualnie puścić pawia gdy stary owłosiony chłop przebierze się za Czarodziejkę z Księżyca.
W Japantown jest mały market w którym czasami robimy zakupy i próbujemy dziwnych potraw. Na półkach leżą paczki z suszonymi kałamarnicami, są dziwne korzenie i warzywa, a prawie większość produktów jest zrobiona z ryżu, od mąki po cukierki i na napojach kończąc.  Co nas za pierwszym razem zdziwiło to to, że Japończycy pakują wszystko na potęgę i każda luźno leżąca rzecz jest zapakowana, nawet ciasteczka czy cukierki które są już zapakowane w jedno pudełko są w środku drugiego opakowania lub są czymś owinięte.
Bardzo lubię przychodzić do Japantown i odwiedzać sklep Daiso, gdzie wszystko kosztuje $1,50 (plus tax). Jest to taki duży sklep z ogromną ilością przydatnych rzeczy do kuchni, łazienki, biura. Ponieważ japoński naród ma bzika na punkcie małych słodkich rzeczy tak i ten sklep jest pełen kolorowych pudełeczek, świecidełek, a na każdym opakowaniu widnieje uśmiechnięta skośnooka twarzyczka.
Nie wolno liczyć na to, że wycieczka do Japantown będzie darmowa, najlepiej od razu wziąć torbę na zakupy.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Legenda Stow Lake

Jest takie jedno miejsce w parku Golden Gate o którym mówiłam w poprzednim poście. Jest to jezioro o nazwie Stow Lake. Jest największe w parku i można wynająć łódki żeby popływać wśród gąsek i kaczek. Okolica jest ślicznie zielona, najróżniejsze drzewa i kwiaty rosną dookoła wody, a w jednym miejscu jest wysoki wodospad którego woda wpływa do jeziora. Zaraz niedaleko wodospadu stoi przepiękna chińska altana, gdzie można się skryć przed słońcem i odpocząć na ławeczkach. Po środku jeziora znajduje się mała dzika wysepka na której mieszkają kaczki, gęsi i żółwie. Sporo ludzi odwiedza to miejsce bo jest naprawdę urokliwe.
Lecz mało kto wie, że to jezioro owiane jest stu-letnią legendą o białej pannie, a brzmi ona tak:

Pewnego razu nad jeziorem Stow w parku Golden Gate, młoda kobieta wyprowadzała swoje niemowlę w wózku. Po jakimś czasie zmęczona kobieta usiadła na ławce zaraz obok jeziora. Kiedy odpoczywała, inna kobieta podeszła i usiadła obok. Kiedy panie były zajęte rozmową, wózek potoczył się niezauważony w dół do jeziora. Kiedy kobieta skończyła rozmowę, zauważyła że dziecko zniknęło. Zdesperowana zaczęła szukać swojego dziecka dookoła jeziora, pytając przechodniów "Czy widziałeś moje dziecko?". Poszukiwania zajęły jej cały dzień i całą noc. Kiedy nastąpił dzień drugi, ostatnim miejscem które sprawdziła to jezioro. Weszła do wody w nadziei, że tam znajdzie swoje dziecko i od tamtej pory ślad po niej zaginął.

Podobno, jeżeli pójdzie się nad Stow Lake w nocy, można zaobserwować dziwne zjawiska.  Historie opowiadają, że można zobaczyć białego ducha kobiety wychodzącego z wody, lub pomnik który został postawiony w jej honorze ożywa. Jedni mówią, że duch podobno potrafi podejść i spytać "Czy widziałeś moje dziecko?", inni, że gdy krzykniesz trzy razy "Biała damo widziałem twoje dziecko" to kobieta pojawi się i spyta "Czy widziałeś moje dziecko" i gdy odpowiesz "Tak" to będzie Cię nawiedzać do końca życia, jeżeli powiesz "Nie" to cię zabije. 

Byłam nad jeziorem i nie wygląda na nawiedzone, ale to pewnie dlatego, że odwiedziłam to miejsce w ciepłe słoneczne południe, gdy było sporo ludzi i miejsce tętniło życiem. Nie wiem czy rzeczywiście miejsce jest nawiedzone i wieczorem można zobaczyć zjawy, wolę nie sprawdzać.



sobota, 24 sierpnia 2013

Golden Gate Park

Golden Gate Park to chyba moje najbardziej ulubione miejsce w San Francisco. Jest to olbrzymi park (większy od Central Parku w Nowym Jorku!)  który wygląda jak dzika puszcza, a mimo to jest całkowicie zaprojektowany przez człowieka, dla ludzi.
Każdy znajdzie tu coś dla siebie, jest tak wielki, że mieści w sobie aż 9 różnych jezior! Ma wodospady, polany, oraz różne rodzaje lasów, od Palmowych po Iglaste. Są różne ogrody, różane, herbaciane, chińskie, japońskie, jest nawet ogród botaniczny. W jednym miejscu można spotkać polanę z bizonami! Lecz park nie tylko zapiera dech w piersiach swoją cudowną naturą i pięknym świeżym zapachem.
Wiele ludzi z miasta przyjeżdża tu dla ruchu. Są korty tenisowe, różne boiska, strzelnica, skate park, szlaki konne, a w każdy weekend główna ulica która biegnie przez park jest zamykana, żeby ludzie bezpiecznie mogli jeździć rowerami, wrotkami, hulajnogami i Bóg wie czym jeszcze. Mimo tego, że park wygląda dziko, bez przerwy można napotkać tu ludzi. Biegamy w nim wieczorami i zawsze kogoś napotkamy na drodze. Jednak trzeba uważać, bo mimo tego że park znajduje się prawie w centrum miasta i dookoła są wszędzie osiedla domków to można napotkać tam kojoty! Już kilka razy je spotkaliśmy na swojej drodze.
Oj tak, jeżeli chodzi o zwierzynę to jest jej mnóstwo i nie boją się człowieka. Są tutaj bizony, wiewiórki, kojoty, myszy, kolibry, kaczki, mewy, żółwie, skunksy, szopy pracze i sama nie wiem co jeszcze. Dlatego trzeba uważać jak wychodzi się ze swoim chihuahuą na spacer.
W parku można również się 'ukulturowić'. Jest tutaj muzeum sztuki pięknej, ostatnio była wystawa ze słynnym obrazem "Dziewczyna z Perłą" holenderskiego malarza Vermeera. Na przeciwko muzeum, po drugiej stronie placu na którym malarze próbują sprzedać swoje dzieła, znajduje się Muzeum Historii Naturalnej, jednak jeszcze nie udało nam się odwiedzić, bo bilety bardzo drogie i czekamy, aż będzie za darmo. Jest też konserwatorium kwiatów, dwa holenderskie wiatraki, oraz mnóstwo małych placyków gdzie można potańczyć z miejscowymi.
Raz na jakiś czas organizowane są koncerty i różne wydarzenia w parku, wtedy zjeżdża się mnóstwo ludzi i specjalna sieć autobusów podstawiana jest pod park, żeby te tłumy miały łatwy przyjazd i wyjazd.
Jest tu naprawdę wiele do zobaczenia i cały czas znajdujemy coś nowego, ostatnio przez przypadek znaleźliśmy jezioro gdzie można popływać łódkami przy wodospadzie, więc jeśli tylko będziemy mieć czas, to wynajmiemy :)
Golden Gate Park to miejsce które trzeba odwiedzić będąc w okolicy!


Znajomy Szop Pracz 
North Lake, Golden Gate Park



czwartek, 22 sierpnia 2013

Zdjęcia

Dostałam komentarz, żeby dodawać więcej zdjęć. Dlatego postanowiłam zrobić nowy dział z linkami które prowadzą do moich albumów ze zdjęciami z San Francisco, możecie znaleźć je po prawej stronie ->
Spróbuję przy każdym nowym wpisie dodawać nowy link do albumu związanego z postem.

Jeżeli macie jeszcze jakieś sugestie lub propozycje piszcie śmiało!
Blog jest dla was i cieszę się z każdej waszej wizyty.

Pozdrawiam z San Francisco, gdzie w końcu wyjrzało słońce zza mgły i możemy nałapać trochę ciepła :)




Mucha na Plaży

San Francisco to miasto gdzie cały czas coś się dzieje. Festiwale, koncerty, parady. Każdy znajdzie tu coś dla siebie pod tym względem, wystarczy tylko poszukać. Ostatnio bardzo popularne robią się strony gdzie jedna osoba proponuje wydarzenie, ludzie się zapisują i organizują wszystko sami. Tak samo my zostaliśmy zaproszenie na spontaniczny 'event'.

Znajoma napisała do mnie, o spotkaniu gdzie ludzie przyjdą na plażę poubierani w galowe stroje. Panowie w garniturach, panie w długich sukniach, o tak dla zabawy. To była wolna niedziela, więc z rana poleciałam do Goodwill'a po sukienkę ( Goodwill to organizacja charytatywna, która posiada sieć sklepów z używanymi rzeczami a pieniądze ze sprzedaży idą na pomoc biednym).
Ubraliśmy się i w południe ruszyliśmy na plażę Ocean Beach. Plaża wydawało by się powinna być ciepła i słoneczna, zwłaszcza, że to Kalifornia. Ale nie San Francisco, nasza plaża jest prawie cały rok mglista, wietrzna, oceaniczna woda zimna i prawie w ogóle nie ma muszelek. Ale to nam nie przeszkadza.
Długo nam zajęło znalezienie grupy, bo Ocean Beach jest bardzo długa, ale po kilkunastu minutach błądzenia, udało się.
Grupa ludzi ubranych na balowo już rozłożyła koce i próbowała się uporać z siatką do piłki plażowej. Coraz więcej Dam i Dżentelmenów przychodziło na plażę z kocami, koszykami, ba a nawet stołem! Dosyć spora grupa się zebrała, muzyka grała. Wyglądało to prawie jak ślub. Gapie nie wiedzieli co się dzieje, ale pozytywnie odbierali zjawisko. Trzeba trochę rozruszać towarzystwo i pobiegłam w stronę fal. Woda była słona i chłodna, a ja w długiej balowej sukni brodziłam i skakałam przez oceaniczną pianę. Reszcie towarzystwa trochę znudziły się poważne rozmowy przy kieliszkach szampana więc dołączyli do mnie. Garnitury i sukienki mokre, pogoda szara, a my z radochą na twarzach, wygłupiamy się w zimnym oceanie.
Turyści znad brzegu odziani w ciepłe polary tylko kiwali głowami z uśmiechem i robili zdjęcia niecodziennemu widowiskowi.
Impreza trwała jakieś 4 godziny i starczyło, zwłaszcza że stanie w mokrej sukience na wietrze trochę zaczynało doskwierać. Pozytywne wydarzenie, a takich jest w mieście od groma! Żeby tylko było więcej czasu...
Teraz planujemy ognisko wieczorem na tej samej plaży, ciekawe co z tego wyjdzie.


środa, 7 sierpnia 2013

Yerba Buena Island

Wyspa Yerba Buena ...

...to naturalna wyspa przez którą ciągnie się most łączący San Francisco i Oakland. Na początku nie myślałam, że znajdę tam coś ciekawego, wyspa jak wyspa, trochę mieszkań należących do spółdzielni Wyspy Skarbów i dużo drzew. Jednak pewnego słonecznego wolnego dnia postanowiłam przeczesać to miejsce.

Na początku znalazłam się na małej polance obsianej stokrotkami. Jest tu ławka i miejsce na grilla, gdzie można sobie zjeść z rodzinką i przyjaciółmi lunch. Na skraju polany zauważyłam stare, drewniane i strome schodki w dół które prowadziły na ukrytą plażę, o której naprawdę mało kto wie.



Zeszłam w dół po schodkach i stanęłam na piasku, plaża maluśka. Właściwie to nic tu ciekawego, nic dziwnego, że ludzie tu nie przychodzą i do tego unosi się lekki smród, sama nie wiem czego. Ale przejdę się może znajdę muszelkę. Przeszłam do końca plaży, a tam leżały zawalone drzewa zamykające dalszą drogę. Spojrzałam w dół i zobaczyłam ślady ludzi którzy wcześniej tu byli, ale zawrócili zaraz przy drzewach. Ciekawe co się tam kryje? I niewiele myśląc przeszłam przez badyle.



Za drzewami znajdowała się maleńka ścieżynka, wszędzie drzewa i rośliny dookoła. Przeszłam mały kawałek i po prawej pojawiła się mała jakby jaskinia stworzona z drzew, korzeni i kamieni. Weszłam do środka.Takie ciche i spokojne miejsce, prawie jak w bajce. Puste od ludzi, tylko ptaki i otaczająca zieleń. Ale nie wolno siedzieć, trzeba zwiedzać!


Wyszłam na ścieżynkę i poczłapałam dalej. 
Otaczały mnie wysokie trawy i dzikie paprocie. Ścieżka prowadziła w górę. Z każdym krokiem wyżej powiększał się widok na zatokę i pływające po niej żaglówki. Korzenie drzew co jakiś czas zagradzały drogę, a chwasty zaczepiały mi sweter, mimo to wspinałam się coraz wyżej i wyżej. 




Nagle ku mojemu zdumieniu pojawiły się przede mną stare kamienne schody. Po prostu schody w środku lasu. Czas ich nie oszczędził, były mocno zniszczone, brakowało kilku stopni i rósł na nich mech. Czy coś mnie jeszcze zaskoczy? 



Weszłam po schodkach na górę. Tutaj już zieleni było mniej i rosły wysokie drzewa które bujały się lekko na wietrze. Na ziemi leżała ich kora która co jakiś czas spadała z łodyg i musiałam uważać żeby nie dostać takową w głowę. Szłam dalej pomiędzy drzewami, tutaj ścieżka nie była aż taka widoczna, dlatego sama obrałam drogę. Znowu schodki, tym razem trochę mniejsze. Czasami robiło się stromo w dół, ale drzewa stały mi w ochronie przed upadkiem. I nagle zza drzew zobaczyłam prześliczny widok, na wodę i małą zatoczkę na wyspie. Szkoda tylko, że most zniszczył krajobraz. Próbowałam znaleźć drogę w dół lecz było już trudniej przedostać się przez gęste krzaki, więc zrezygnowałam, może kiedyś...


Zobaczyłam więcej niż mogłam sobie wyobrazić, odkryłam magiczne bezludne miejsce schowane na wyspie Yerba Buena. Na pewno tam kiedyś wrócę. To miasto zaskakuje. 





Wyspa Skarbów

Treasure Island i Yerba Buena Island, to dwie wyspy należące do miasta San Francisco połączone ze sobą i leżące w połowie mostu Bay Bridge.

Wyspa Skarbów

Mimo swojej magicznej nazwie, sama wyspa nie jest taka piękna, a nazwa powinna należeć do wyspy Yerba Buena. Wyspa Skarbów została zbudowana przez człowieka, na potrzeby lotniska, później jako stacja wojskowa, a teraz jest tam spółdzielnia mieszkaniowa. Stare "kartonowe" budynki które nie są używane straszą swoją pustością w powybijanych oknach, natomiast pożółkła farba złazi z drewnianych ścian leżąc na wyschłej trawie. Na dodatek wszystkiego, jest wiele miejsc zamkniętych gdzie wstęp jest zabroniony, a na płotach wiszą żółte tabliczki z symbolem odpadów promieniotwórczych. Taka mała pamiątka po wojnie. Wiele osób myśli, że to miejsce jest opuszczone i dlatego mało kto tutaj przyjeżdża, nie tylko turyści ale i miejscowi. Jednak to miejsce ma w sobie życie, spokojne, ale jakoś sobie radzi.
Mieszkałam na Wyspie Skarbów przez rok. Z powodu nie najzdrowszego otoczenia mieszkania są tanie, więc zamieszkują je rodziny które otrzymują pomoc socjalną, studenci oraz Rosjanie. Miejsce na start w San Francisco prawie, że idealne. Autobus jeździ do miasta co 20 minut, jest spokój i cisza, prąd, śmieci i woda wliczone w cenę. Mieszkania posiadają pralki, zmywarki, lodówki a pokoje są spore i każdy domek ma własny ogródek. Są oczywiście minusy, takie jak prąd który potrafi zostać wyłączony nawet kilka razy w miesiącu na kilka godzin, oraz jedyna droga, żeby wyjechać to most który łatwo zablokować. Jednak przeżyłam i mam pozytywne wspomnienia. Wyspa Skarbów to deska ratunku jeżeli chodzi o mieszkania w mieście. 
Jeżeli przyjeżdża się do San Francisco, warto przyjechać na Wyspę Skarbów, dla samego widoku na panoramę miasta. Szkoda, że wiele turystów mało o tym wie i traci świetny punkt na piękne zdjęcia. Widać stąd nie tylko centrum, ale i Golden Gate Bridge, Bay Bridge, Coit Tower, Fisherman's Wharf i Alcatraz. W nocy często przyjeżdżają tu limuzyny z biznesmenami, którzy świętują sukces przy lampce wina na tle oświetlonego miasta. Tutaj organizowane są wesela oraz promy (rodzaj amerykańskiej studniówki), oraz z powodu wielkich pustych placów, rozgrywane są tutaj szkolne mecze i inne sportowe rozgrywki. Polecam odwiedzić wyspę w ostatni weekend miesiąca, gdyż organizowany jest wtedy pchli market, czasami można znaleźć naprawdę sporo ciekawe rzeczy, ręcznie zrobionych, trochę staroci ( raz znalazłam kompas z pierwszej wojny światowej, jednak $700 dolarów to było zdecydowanie za dużo).
Jeżeli przyjeżdżasz do San Francisco, odwiedź Wyspę Skarbów, to tylko 5 minut drogi samochodem, a 15 autobusem i spotkasz tam wielką na 13 metrów nagą, stalową pannę, która błogo tańczy na trawce wśród gęgających dzikich gęsi.

   
Widok na Wyspę Skarbów,
Coit Tower, San Francisco


"Błogi Taniec"
Wyspa Skarbów




Wyspa Yerba Buena w kolejnym poście...

niedziela, 4 sierpnia 2013

Dreszczyk

Pamiętam jedną z pierwszych nocy w San Francisco. Wynajęłam na tydzień pokój w starej dzielnicy, w pięknym budynku wiktoriańskim który już miał swoje lata i trochę śmierdział stęchlizną. Pokój znajdował się na samej górze, na strychu i  miał przepiękny widok na miasto. Było już dosyć późno i kładłam się spać, gdy nagle moje łóżko zaczęło się trząść i podskakiwać, a cały budynek zatrzeszczał złowieszczo. "Duchy jakie, czy inny czort?" to pierwsze co mi przyszło na myśl. Jednak następnego dnia przypomniał mi się jeden fakt.

San Francisco jest położone na obszarze aktywnym sejsmicznie, czyli praktycznie cały czas mamy trzęsienia ziemi, mniejsze lub większe. Od tamtego czasu były jeszcze trzy bardzo mocne trzęsienia. Mimo tego, że są krótkie, to jest uczucie przerażenia, bezsilności ale i ekscytacji, zwłaszcza że miasto ma za sobą ponurą historię tragicznego trzęsienia w 1906 roku które spowodowało pożar i przeogromne straty. Rok od mojego pobytu tutaj, trzęsienia jakby umilkły, nie wiem czy się przyzwyczaiłam i już ich nie czuję, czy po prostu szykuje się coś większego.


Widok na centrum San Francisco z pokoju który wynajmowałam, 
Alamo Square, San Francisco 

sobota, 3 sierpnia 2013

Chinatown

Ponad 30% populacji San Francisco to Azjaci w tym 20% to ludność Chińska. Jednak wychodząc na miasto wydaje się, że jest ich ponad 70%.  Są wszędzie, a język chiński pojawia się w każdym możliwym miejscu ( w autobusach informacje podawane są po angielsku, hiszpańsku i chińsku). Ludzie tutaj z powodu różnych nacji nauczyli się żyć w zgodzie, a nawet miasto jest dumne z tego, że jest tak wielokulturowe. W końcu to Chińczycy byli tanią siłą roboczą i wybudowali Kalifornię, więc nie ma negatywnych stosunków, a nawet powiem, że jest wiele plusów posiadania w okolicy wielu Azjatów.

Mamy w San Francisco największe Chinatown poza granicami Azji. Jest to miejsce najbardziej zwiedzane przez turystów. Podobno więcej ludzi odwiedza chińską dzielnice niż słynny Golden Gate Bridge, ale nie mam pojęcia jak oni to liczą. Budynki, dekoracje i muzyka brzdękająca przez ulicznych grajków sprawiają, że czujesz się jak w Chinach. Mnóstwo ludzi na ciasnych ulicach, gdzie sprzedawcy próbują upchać swój towar. Jest tu naprawdę tanio i warto tutaj przyjść jeżeli chce się kupić pamiątki lub porządnie najeść. Jednak nie dajcie się zwieść promocjom typu "Zamykamy sklep, wszystko 50% taniej" bo zamykają te sklepy od początku ich istnień, oraz pamiętajcie, że to Chinatown, więc wszystko jest jakości 'made in china'.
Jeżeli jesteś głodny to polecam iść do restauracji do której zwykły "biały człowiek" by nie wszedł. Czyli taka obskurna dziura z wiszącym ptactwem z ukręconymi głowami gdzie puste oczodoły straszą turystów, a na stole leżą inne upieczone zwierzątka. Tam jest najtaniej ($3-5 za danie) i najpyszniej. Dodam, że Chińczycy mimo małych rozmiarów mają wielkie żołądki i jedzą niesamowicie wielkie porcje, więc jak widzisz tanie dania, to nie należy się porywać, ponieważ jeden talerz samych warzyw i mała miseczka ryżu nakarmi dwoje osób.
Polecam przyjść tutaj w dzień, niestety San Francisco nie należy do "nocnych" miast i wszystko zamykane jest po zmroku.

Jeżeli chodzi o Chińską społeczność to jest naprawdę dużo do opowiedzenia więc nie umieszczę wszystkiego w jednym poście i będę wspominać o nich później.

wtorek, 30 lipca 2013

Rowerzysta

Codziennie jeżdżę miejskimi autobusami Municipal Transportation Agency, w skrócie muni. Uważam, że jeżdżąc autobusami najlepiej poznaje się miasto. Praktycznie każdy z nudów obserwuje co się dzieje na zewnątrz, lub w środku. Poznaje się ludzi którzy mieszkają w mieście i żyją w nim na co dzień, co prawda większość to turyści, ale bez problemu da się rozpoznać "swoich".
Często coś się dzieje w muni, różni ludzie różne przypadki.
Dzisiaj zdarzyło się coś ciekawego
Wracając z zajęć wskoczyłam do trolejbusu numer 31. Usiadłam z tyłu przy prawym oknie. Droga do domu długa, praktycznie jadę na końcowy przystanek, więc mogę się wygodnie rozsiąść na prawie godzinną podróż. Dosiadł się przy drugim oknie młody ciemnoskóry. Usiadł i od razu zasnął, śniąc o zielonej trawce która swoim zapachem owładnęła trolejbus. Między nami usiadł chińczyk w różowej koszulce i żelem na włosach. Miejsca się zapełniły.
Autobus ruszył.
Wjeżdżamy w Tenderloin.
W pewnym momencie autobus się zatrzymał, coś się stało. Pasażerowie którzy nie mają słuchawek na uszach rozglądają się nerwowo i szukają przyczyny zatrzymania. Przyczyna w postaci czarnego mężczyzny siedziała na rowerze, z tyłu pojazdu. Nie mam pojęcia co się stało ani kto był winny, ale rowerzysta widocznie wiedział a jego łysina zrobiła się bordowa.
Trolejbus jakby zrozumiał, że jest w tarapatach, więc ruszył ciężko uciekając z miejsca zdarzenia, a w nim ja i pasażerowie patrząc przez tylne okno autobusu. Wszyscy obserwowali rowerzystę, który był już ostro rozżarzony jak byk i zaczął mocno pedałować w naszą stronę. Gdy był już blisko i widać było jego srebrne zgrzytające zęby, odpiął jednym ruchem ręki wielki metalowy łańcuch przyczepiony do jego spodni, podniósł go niczym pejcz i zaczął uderzać w autobus.
Chińczyk podskoczył przerażony z piskiem, próbując schować się między bezpieczną tuszą amerykanów.
Rozwścieczony murzyn nie dawał za wygraną, obwiązał łańcuch dookoła pięści i niczym kowboj na metalowym koniu próbował wykoleić trolejbus uderzając wszędzie gdzie się da.
Biedna maszyna nie wytrzymała i dwa odbieraki prądu wypadły z linii.
Rowerzysta zatryumfował i zniknął wszystkim z oczu.
Trolejbus się zatrzymał. Kierowca wyszedł zrezygnowany i podłączył pojazd do prądu. Szybko wrócił do swojej pracy i ruszyliśmy w spokoju.





    Pasażer Trolejbusu nr 31
San Francisco 
 

poniedziałek, 29 lipca 2013

Tenderloin

Tenderloin to najbardziej ponura i obskurna dzielnica w mieście. Mimo, że bardzo mała to kryje w sobie cały syf miasta. Czemu o niej piszę? Nikt nigdy nie mówi o dziurach, turyści zwiedzają najpiękniejsze zakątki, a biura turystyczne omijają te tematy żeby pozytywnie reklamować miasto. Moim zdaniem trzeba mówić o takich miejscach, chociażby po to żeby tam nie trafić, tak jak ja na samym początku mojej przygody z San Francisco.
Oferta była świetna, bilet i hotel na trzy dni w bardzo niskiej cenie. Nie znałam miasta, więc wybrałam hotel przy centrum, żeby wszędzie było blisko. I to był błąd.
Wylądowałam w małym hoteliku, w sumie nie był taki zły jak na niską cenę. Łóżko, telewizor, biurko, mała łazienka. Jednak wychodząc na zewnątrz trzeba było uważać. Ulice w tej części są brudne, pokryte śmieciami i śmierdzące od cieczy które wchodzą i wychodzą przez człowieka. Ściany budynków zdewastowane przez młodocianych grafficiarzy, a pod nimi leżą bezdomni którzy nie myli się kilka, może nawet kilkanaście lat. Unosi się zapach maryśki, nie musisz kupować zielska, wystarczy pooddychać zielonym powietrzem z Tenderloin. Wszędzie kręci się policja pilnująca porządku którego i tak nie da się ogarnąć. Umysłowo chorzy przeplatają się na każdej ulicy, rozmawiają ze samym sobą, drzewami i plakatami. Na każdym rogu stoi grupa czarnoskórych sprzedająca płyty ze swoim amatorskim rapem i dzieląca się towarem. Wzdłuż chodnika siedzą bezdomni lub stare chińskie babcie. Próbują ubić interes na sprzedaży niepotrzebnych nikomu gratów, lub jedzenia z pomocy socjalnej, nikogo nie obchodzi fakt, że to nielegalne. Ciężko zarabiają, nie to co ci żebracy którzy po prostu chcą od Ciebie zielonych. Trzeba jakoś żyć.  Nie radzę tam przychodzić po zmroku, zwłaszcza jak jest się samemu. Zabójstwa o tej porze są tam na porządku dziennym i co raz słyszy się, że ktoś został postrzelony lub dźgnięty nożem. To normalne. Ja nie wiedziałam i wesoło wracałam do hotelu nocą, nie zwracając uwagi na ludzi ulicy podpierających każdy budynek i patrzących się spode łba.
Miasto próbuje poprawić swój wizerunek i zmienić tą dzielnicę. Remontowany jest park i budują nowe centrum handlowe, lecz ludzie którzy się tam urodzili, tam pozostaną, bo gdzie indziej mieliby pójść?

Ciekawy fakt: Ulica Powell to granica dzieląca piękne centrum od Tenderloin. Gdy stoisz na tej ulicy na krzyżówce z Market Street, jak patrzysz na wschód, miasto tętni czystością i nowoczesnymi sklepami. Gdy spojrzysz na zachód, widzisz bród, smród i ubóstwo.




Market Street
San Francisco

niedziela, 28 lipca 2013

Bomba

Dostaję sms'a od brata, z pytaniem czy jestem w domu i czy sprawdzę co się dzieje na moście do Oakland. Brat stoi na przystanku i czeka na autobus do Wyspy Skarbów już godzinę. Wyspa ta leży w połowie drogi na drugą stronę zatoki, kiedyś opiszę wam to miejsce.
Przeszukuję internet i wchodzę na San Francisco News. Na czerwonym pasku widnieje alarm. Most zablokowany przez policję, tajemnicza elektroniczna skrzynka na rampie do Wyspy Skarbów. Piątek wieczorem i wszyscy chcą się dostać do domu. No pięknie, już wyobrażam sobie przeogromny korek, pełen rozwścieczonych kierowców. Bay Bridge to najbliższa droga na drugą stronę zatoki, jest jeszcze Golden Gate Bridge, San Mateo Bridge oraz Dumbarton Bridge, ale nadkłada się mnóstwo drogi, czasu i paliwa, więc lepiej stać i czekać.
Taki to minus transportu między miastami nad zatoką. Najwygodniej mieszkać tam gdzie się pracuje/ studiuje.
Tajemniczą skrzynkę usunięto i już po pół godzinie korek zaczął się powoli rozluźniać. Próbowałam znaleźć informacje co to za skrzynka, lecz słuch o niej zaginął i nikt więcej o tym nie mówi, wszyscy cieszą się spokojnym weekendem.


Treasure Island,
Widok na Bay Bridge

sobota, 27 lipca 2013

Lato

Jest lato, lipiec. W całych Stanach Zjednoczonych parno, gorąco i temperatury sięgają 100 stopni Fahrenheita ( 37 stopni Celsjusza). A w San Francisco? Chłód, mgła i mżawka. Nigdy nie lubiłam upałów więc ta pogoda jest dla mnie idealna. Ludzie na mieście ubierają się jak chcą. Jedni mają nałożone kurtki puchowe, a inni chodzą w cienkich koszulkach bez rękawków, a nawet na golasa.
Turyści przyjeżdżając do Kalifornii przygotowani są na ciepłą pogodę i słoneczko, a tu klapa. Wieje chłodny wiatr od oceanu, a słońce schowało się za gęstymi chmurami i mgłą. Z każdą milą dalej od miasta jest o jeden stopień cieplej. Przynajmniej sklepiki turystyczne zarabiają sporo na bluzach z napisem "San Francisco".  
Najcieplej jest w maju i na początku czerwca, jednak pogoda przez cały rok jest taka sama: wiosenna jesień, bądź jesienna wiosna.
Trzeba być przygotowanym na każdą temperaturę, zwłaszcza, że każda dzielnica ma inną pogodę. Często jest tak, że jak wyjeżdżam z Richmond ( dzielnica na zachodzie)  jest zimno i pochmurno, więc biorę kurtkę, a jak dojadę do centrum świeci słoneczko i muszę męczyć się z niepotrzebnym bagażem.
Nie da się przewidzieć pogody, która zmienia się co 5 min. Jeden sezon cały rok, a potrafi zaskakiwać.


Treasure Island
Widok na Bay Bridge

czwartek, 25 lipca 2013

Na początek

Życie w San Francisco. Zanim przeprowadziłam się do tego miasta, nic o nim nie wiedziałam. Czasami obiło mi się o uszy to miejsce, ale z niczym nie potrafiłam go skojarzyć. Wstyd bo jest naprawdę ciekawym miejscem. Wartym opisania. Dlatego postanowiłam prowadzić bloga. Nie wiem czy ktokolwiek będzie go czytać, ale może kiedyś jak ktoś będzie poszukiwał informacji o San Francisco, trafi właśnie tutaj i może znajdzie jakieś przydatności. Postaram się pisać prawie codziennie. Opowiadać o mniej i bardziej ważnych rzeczach, ludziach, miejscach, wydarzeniach. Wydaje mi się że warto, bo prawie codziennie coś tu się dzieje i jest wiele do opisania. Mam nadzieję, że chodź trochę poczujecie się jak w San Francisco, mieście gdzie narodził się nurt hipisowski i mimo małego metrażu, mieści w sobie wiele kultur i ukrytych skarbów. Zapraszam.

Kilkanaście milionów turystów rocznie z całego świata nie może się mylić przyjeżdżając tutaj.


Golden Gate Bridge