Po pierwsze:
Zaczął mi się semestr na studiach. Dla tych co nie wiedzą studiuję film animowany w Academy of Art University. Od razu pełno roboty, gdyż każdy nauczyciel od razu zadał nam projekty, które zajmują sporo czasu. Biorę w tym semestrze zajęcia z rysunku anatomicznego zwierząt (przychodzą na zajęcia żywe zwierzęta, takie jak konie, psy, lemury, rysie, lamparty, wilki, oraz chodzimy do zoo i rysujemy zwierzaki).
Kolejne zajęcia to storyboarding, jest to jeden z procesów produkcji filmowej, gdzie rozrysowuje się wszystkie sceny, kadry, postaci, światło itd. Trzecie zajęcia uczymy się jak zdobyć pracę, napisać resume( takie krótsze CV) , cover letter i ogólnie umieć się sprzedać. Ostatnie moje ulubione, czyli projekt specjalny, produkcja filmów animowanych. Do tej klasy zapisują się tylko osoby które zostały zaproszone przez nauczycieli i tworzy się film animowany który ma później wyjść na świat. Klasa nie jest ukazana publicznie, dlatego musiałam pisać do mojego advisor'a ( ktoś kto załatwia moje papierkowe sprawy) żeby mnie zapisał.
Niby tylko 4 przedmioty, ale każdy wymaga po 10h pracy domowej i gotowe projekty na kolejne zajęcia.
Po drugie:
Przeprowadziłam się. Trzeba było całe mieszkanie zebrać i się wynieść co łatwe nie było, bo sporo się tego uzbierało. Do nowego, większego, tańszego z szybszym dojazdem do centrum. Co prawda teraz mieszkamy w czwórkę, ale mamy zmywarkę i garaż! A widok na Daly City jest przepiękny. Normalnie luksus.
Po trzecie:
Dostałam pracę na pół etatu. Pracuję w japońskiej restauracji i dopiero się uczę, więc dostaję najniższą stawkę miastową. Restauracja jest w centrum i na wynos. Ja robię wszystkiego po trochu, czyli przygotowuję jedzenie na dzień, przyjmuję klientów, wczoraj uczyłam się robić sushi. Wracam codziennie zmęczona, bo w pracy nie ma czasu nawet usiąść, a po pięciu-godzinnym staniu i lataniu, nogi odmawiają posłuszeństwa.
Po czwarte:
Mieliśmy w nowym mieszkanku mały pożar. Sytuacja była istnie komiczna. Wstawiłam obiadek do odgrzania w piekarniku i usiadłam na moment żeby dać odpocząć nogom po dniu pracy. Nagle czuję, coś się pali. Wstaję więc i idę do piekarnika. Otwieram drzwiczki, a mym oczom ukazał się ogień. "O ogień." pomyślałam i zamknęłam drzwiczki..." Zaraz.... OGIEŃ !!!!" Krzyknęłam w myślach i otworzyłam drzwiczki ponownie tym razem szybciej i zobaczyłam płomienie w piekarniku. "Zaraz, ogień, płomienie... to tak powinno działać ?... nie wiem... to normalne????..... TOOOMEEEEK!!!!". Dzielny Tomasz skoczył po gaśnicę, ugasił smoka i zadzwonił po straż. Wszyscy sąsiedzi musieli wyjść z budynku, a w przeciągu 30 sek pojawiły się trzy wielkie wozy strażackie a dwa krążyły w okolicy. Okazało się, że niepotrzebnie przyjechali bo problem został ugaszony. Tylko teraz mamy cały salon i kuchnię pokrytą białym kurzem i pyłem.
Tak tak, ostatnie dwa tygodnie były niesamowicie załadowane, ale już powoli wracam do normy i porządkuję sobie plan tygodnia. Spróbuję napisać znowu za tydzień, a do tego czasu, dodam parę nowych zdjęć do albumów.
Trzymajcie się!
Pier 39, San Francisco