środa, 25 września 2013

Co nowego

Dawno nie pisałam, dlatego chciałam na początku was przeprosić za mój brak wkładu w bloga. Strasznie dużo ostatnio się działo przez ostatnie tygodnie.

Po pierwsze:
Zaczął mi się semestr na studiach. Dla tych co nie wiedzą studiuję film animowany w Academy of Art University. Od razu pełno roboty, gdyż każdy nauczyciel od razu zadał nam projekty, które zajmują sporo czasu. Biorę w tym semestrze zajęcia z rysunku anatomicznego zwierząt (przychodzą na zajęcia żywe zwierzęta, takie jak konie, psy, lemury, rysie, lamparty, wilki, oraz chodzimy do zoo i rysujemy zwierzaki).
Kolejne zajęcia to storyboarding, jest to jeden z procesów produkcji filmowej, gdzie rozrysowuje się wszystkie sceny, kadry, postaci, światło itd. Trzecie zajęcia uczymy się jak zdobyć pracę, napisać resume( takie krótsze CV) , cover letter i ogólnie umieć się sprzedać. Ostatnie moje ulubione, czyli projekt specjalny, produkcja filmów animowanych. Do tej klasy zapisują się tylko osoby które zostały zaproszone przez nauczycieli i tworzy się film animowany który ma później wyjść na świat. Klasa nie jest ukazana publicznie, dlatego musiałam pisać do mojego advisor'a ( ktoś kto załatwia moje papierkowe sprawy) żeby mnie zapisał.

 Niby tylko 4 przedmioty, ale każdy wymaga po 10h pracy domowej i gotowe projekty na kolejne zajęcia.

Po drugie:
Przeprowadziłam się. Trzeba było całe mieszkanie zebrać i się wynieść co łatwe nie było, bo sporo się tego uzbierało. Do nowego, większego, tańszego z szybszym dojazdem do centrum. Co prawda teraz mieszkamy w czwórkę, ale mamy zmywarkę i garaż! A widok na Daly City jest przepiękny. Normalnie luksus.

Po trzecie:
Dostałam pracę na pół etatu. Pracuję w japońskiej restauracji i dopiero się uczę, więc dostaję najniższą stawkę miastową. Restauracja jest w centrum i na wynos. Ja robię wszystkiego po trochu, czyli przygotowuję jedzenie na dzień, przyjmuję klientów, wczoraj uczyłam się robić sushi. Wracam codziennie zmęczona, bo w pracy nie ma czasu nawet usiąść, a po pięciu-godzinnym staniu i lataniu, nogi odmawiają posłuszeństwa.

Po czwarte:
Mieliśmy w nowym mieszkanku mały pożar. Sytuacja była istnie komiczna. Wstawiłam obiadek do odgrzania w piekarniku i usiadłam na moment żeby dać odpocząć nogom po dniu pracy. Nagle czuję, coś się pali. Wstaję więc i idę do piekarnika. Otwieram drzwiczki, a mym oczom ukazał się ogień. "O ogień." pomyślałam i zamknęłam drzwiczki..." Zaraz.... OGIEŃ !!!!" Krzyknęłam w myślach i otworzyłam drzwiczki ponownie tym razem szybciej i zobaczyłam płomienie w piekarniku. "Zaraz, ogień, płomienie... to tak powinno działać ?... nie wiem... to normalne????..... TOOOMEEEEK!!!!". Dzielny Tomasz skoczył po gaśnicę, ugasił smoka i zadzwonił po straż. Wszyscy sąsiedzi musieli wyjść z budynku, a w przeciągu 30 sek pojawiły się trzy wielkie wozy strażackie a dwa krążyły w okolicy. Okazało się, że niepotrzebnie przyjechali bo problem został ugaszony. Tylko teraz mamy cały salon i kuchnię pokrytą białym kurzem i pyłem.




Tak tak, ostatnie dwa tygodnie były niesamowicie załadowane, ale już powoli wracam do normy i porządkuję sobie plan tygodnia. Spróbuję napisać znowu za tydzień, a do tego czasu, dodam parę nowych zdjęć do albumów.

Trzymajcie się!



Pier 39, San Francisco

środa, 4 września 2013

Japantown

Japońskie miasto, to malutka dzielnica niedaleko centrum miasta, która praktycznie mieści się w zaledwie czterech blokach. Dla tych co nie wiedzą, amerykańskie miasta budowane są tak, że ulice tworzą kratkę, jedna kratka nazywana jest blokiem. No więc wracając do japońskiego miasta, jest naprawdę maleńkie, ale mimo to warto zajrzeć zwłaszcza jeżeli interesuje się kulturą wschodnią.
Jest to dosyć przyjemne i spokojne miejsce. Po środku znajduje się mały placyk z dużym pomnikiem który daje cień zmęczonym turystom a dzieciakom frajdę, bo fajnie jest pobiegać dookoła dziwnego statku kosmicznego.
Tak naprawdę Japantown to po prostu japońskie centrum handlowe. Są tutaj sklepiki, księgarnie, spa no i oczywiście to co najlepsze czyli restauracje z przepysznym sushi. Tak, właśnie w tym Japantown nauczyłam się jeść i zakochałam w tej potrawie. Dla początkujących polecam bento, jest tanie i można się najeść. Bento to zestaw w którym zwykle jest ryż, jakieś mięso, sałatka, sushi i miso zupka ( rosół z suszonej ryby, przepyszny!)
Raz na jakiś czas organizowane są tutaj różne festiwale, najczęściej konwenty mangi i anime. Zlatują się wtedy fani poprzebierani za swoje ulubione postacie, o ile Japończycy nawet fajnie wyglądają w strojach, to już okrągli amerykanie nie bardzo, ale można się pośmiać, ewentualnie puścić pawia gdy stary owłosiony chłop przebierze się za Czarodziejkę z Księżyca.
W Japantown jest mały market w którym czasami robimy zakupy i próbujemy dziwnych potraw. Na półkach leżą paczki z suszonymi kałamarnicami, są dziwne korzenie i warzywa, a prawie większość produktów jest zrobiona z ryżu, od mąki po cukierki i na napojach kończąc.  Co nas za pierwszym razem zdziwiło to to, że Japończycy pakują wszystko na potęgę i każda luźno leżąca rzecz jest zapakowana, nawet ciasteczka czy cukierki które są już zapakowane w jedno pudełko są w środku drugiego opakowania lub są czymś owinięte.
Bardzo lubię przychodzić do Japantown i odwiedzać sklep Daiso, gdzie wszystko kosztuje $1,50 (plus tax). Jest to taki duży sklep z ogromną ilością przydatnych rzeczy do kuchni, łazienki, biura. Ponieważ japoński naród ma bzika na punkcie małych słodkich rzeczy tak i ten sklep jest pełen kolorowych pudełeczek, świecidełek, a na każdym opakowaniu widnieje uśmiechnięta skośnooka twarzyczka.
Nie wolno liczyć na to, że wycieczka do Japantown będzie darmowa, najlepiej od razu wziąć torbę na zakupy.