wtorek, 30 lipca 2013

Rowerzysta

Codziennie jeżdżę miejskimi autobusami Municipal Transportation Agency, w skrócie muni. Uważam, że jeżdżąc autobusami najlepiej poznaje się miasto. Praktycznie każdy z nudów obserwuje co się dzieje na zewnątrz, lub w środku. Poznaje się ludzi którzy mieszkają w mieście i żyją w nim na co dzień, co prawda większość to turyści, ale bez problemu da się rozpoznać "swoich".
Często coś się dzieje w muni, różni ludzie różne przypadki.
Dzisiaj zdarzyło się coś ciekawego
Wracając z zajęć wskoczyłam do trolejbusu numer 31. Usiadłam z tyłu przy prawym oknie. Droga do domu długa, praktycznie jadę na końcowy przystanek, więc mogę się wygodnie rozsiąść na prawie godzinną podróż. Dosiadł się przy drugim oknie młody ciemnoskóry. Usiadł i od razu zasnął, śniąc o zielonej trawce która swoim zapachem owładnęła trolejbus. Między nami usiadł chińczyk w różowej koszulce i żelem na włosach. Miejsca się zapełniły.
Autobus ruszył.
Wjeżdżamy w Tenderloin.
W pewnym momencie autobus się zatrzymał, coś się stało. Pasażerowie którzy nie mają słuchawek na uszach rozglądają się nerwowo i szukają przyczyny zatrzymania. Przyczyna w postaci czarnego mężczyzny siedziała na rowerze, z tyłu pojazdu. Nie mam pojęcia co się stało ani kto był winny, ale rowerzysta widocznie wiedział a jego łysina zrobiła się bordowa.
Trolejbus jakby zrozumiał, że jest w tarapatach, więc ruszył ciężko uciekając z miejsca zdarzenia, a w nim ja i pasażerowie patrząc przez tylne okno autobusu. Wszyscy obserwowali rowerzystę, który był już ostro rozżarzony jak byk i zaczął mocno pedałować w naszą stronę. Gdy był już blisko i widać było jego srebrne zgrzytające zęby, odpiął jednym ruchem ręki wielki metalowy łańcuch przyczepiony do jego spodni, podniósł go niczym pejcz i zaczął uderzać w autobus.
Chińczyk podskoczył przerażony z piskiem, próbując schować się między bezpieczną tuszą amerykanów.
Rozwścieczony murzyn nie dawał za wygraną, obwiązał łańcuch dookoła pięści i niczym kowboj na metalowym koniu próbował wykoleić trolejbus uderzając wszędzie gdzie się da.
Biedna maszyna nie wytrzymała i dwa odbieraki prądu wypadły z linii.
Rowerzysta zatryumfował i zniknął wszystkim z oczu.
Trolejbus się zatrzymał. Kierowca wyszedł zrezygnowany i podłączył pojazd do prądu. Szybko wrócił do swojej pracy i ruszyliśmy w spokoju.





    Pasażer Trolejbusu nr 31
San Francisco 
 

poniedziałek, 29 lipca 2013

Tenderloin

Tenderloin to najbardziej ponura i obskurna dzielnica w mieście. Mimo, że bardzo mała to kryje w sobie cały syf miasta. Czemu o niej piszę? Nikt nigdy nie mówi o dziurach, turyści zwiedzają najpiękniejsze zakątki, a biura turystyczne omijają te tematy żeby pozytywnie reklamować miasto. Moim zdaniem trzeba mówić o takich miejscach, chociażby po to żeby tam nie trafić, tak jak ja na samym początku mojej przygody z San Francisco.
Oferta była świetna, bilet i hotel na trzy dni w bardzo niskiej cenie. Nie znałam miasta, więc wybrałam hotel przy centrum, żeby wszędzie było blisko. I to był błąd.
Wylądowałam w małym hoteliku, w sumie nie był taki zły jak na niską cenę. Łóżko, telewizor, biurko, mała łazienka. Jednak wychodząc na zewnątrz trzeba było uważać. Ulice w tej części są brudne, pokryte śmieciami i śmierdzące od cieczy które wchodzą i wychodzą przez człowieka. Ściany budynków zdewastowane przez młodocianych grafficiarzy, a pod nimi leżą bezdomni którzy nie myli się kilka, może nawet kilkanaście lat. Unosi się zapach maryśki, nie musisz kupować zielska, wystarczy pooddychać zielonym powietrzem z Tenderloin. Wszędzie kręci się policja pilnująca porządku którego i tak nie da się ogarnąć. Umysłowo chorzy przeplatają się na każdej ulicy, rozmawiają ze samym sobą, drzewami i plakatami. Na każdym rogu stoi grupa czarnoskórych sprzedająca płyty ze swoim amatorskim rapem i dzieląca się towarem. Wzdłuż chodnika siedzą bezdomni lub stare chińskie babcie. Próbują ubić interes na sprzedaży niepotrzebnych nikomu gratów, lub jedzenia z pomocy socjalnej, nikogo nie obchodzi fakt, że to nielegalne. Ciężko zarabiają, nie to co ci żebracy którzy po prostu chcą od Ciebie zielonych. Trzeba jakoś żyć.  Nie radzę tam przychodzić po zmroku, zwłaszcza jak jest się samemu. Zabójstwa o tej porze są tam na porządku dziennym i co raz słyszy się, że ktoś został postrzelony lub dźgnięty nożem. To normalne. Ja nie wiedziałam i wesoło wracałam do hotelu nocą, nie zwracając uwagi na ludzi ulicy podpierających każdy budynek i patrzących się spode łba.
Miasto próbuje poprawić swój wizerunek i zmienić tą dzielnicę. Remontowany jest park i budują nowe centrum handlowe, lecz ludzie którzy się tam urodzili, tam pozostaną, bo gdzie indziej mieliby pójść?

Ciekawy fakt: Ulica Powell to granica dzieląca piękne centrum od Tenderloin. Gdy stoisz na tej ulicy na krzyżówce z Market Street, jak patrzysz na wschód, miasto tętni czystością i nowoczesnymi sklepami. Gdy spojrzysz na zachód, widzisz bród, smród i ubóstwo.




Market Street
San Francisco

niedziela, 28 lipca 2013

Bomba

Dostaję sms'a od brata, z pytaniem czy jestem w domu i czy sprawdzę co się dzieje na moście do Oakland. Brat stoi na przystanku i czeka na autobus do Wyspy Skarbów już godzinę. Wyspa ta leży w połowie drogi na drugą stronę zatoki, kiedyś opiszę wam to miejsce.
Przeszukuję internet i wchodzę na San Francisco News. Na czerwonym pasku widnieje alarm. Most zablokowany przez policję, tajemnicza elektroniczna skrzynka na rampie do Wyspy Skarbów. Piątek wieczorem i wszyscy chcą się dostać do domu. No pięknie, już wyobrażam sobie przeogromny korek, pełen rozwścieczonych kierowców. Bay Bridge to najbliższa droga na drugą stronę zatoki, jest jeszcze Golden Gate Bridge, San Mateo Bridge oraz Dumbarton Bridge, ale nadkłada się mnóstwo drogi, czasu i paliwa, więc lepiej stać i czekać.
Taki to minus transportu między miastami nad zatoką. Najwygodniej mieszkać tam gdzie się pracuje/ studiuje.
Tajemniczą skrzynkę usunięto i już po pół godzinie korek zaczął się powoli rozluźniać. Próbowałam znaleźć informacje co to za skrzynka, lecz słuch o niej zaginął i nikt więcej o tym nie mówi, wszyscy cieszą się spokojnym weekendem.


Treasure Island,
Widok na Bay Bridge

sobota, 27 lipca 2013

Lato

Jest lato, lipiec. W całych Stanach Zjednoczonych parno, gorąco i temperatury sięgają 100 stopni Fahrenheita ( 37 stopni Celsjusza). A w San Francisco? Chłód, mgła i mżawka. Nigdy nie lubiłam upałów więc ta pogoda jest dla mnie idealna. Ludzie na mieście ubierają się jak chcą. Jedni mają nałożone kurtki puchowe, a inni chodzą w cienkich koszulkach bez rękawków, a nawet na golasa.
Turyści przyjeżdżając do Kalifornii przygotowani są na ciepłą pogodę i słoneczko, a tu klapa. Wieje chłodny wiatr od oceanu, a słońce schowało się za gęstymi chmurami i mgłą. Z każdą milą dalej od miasta jest o jeden stopień cieplej. Przynajmniej sklepiki turystyczne zarabiają sporo na bluzach z napisem "San Francisco".  
Najcieplej jest w maju i na początku czerwca, jednak pogoda przez cały rok jest taka sama: wiosenna jesień, bądź jesienna wiosna.
Trzeba być przygotowanym na każdą temperaturę, zwłaszcza, że każda dzielnica ma inną pogodę. Często jest tak, że jak wyjeżdżam z Richmond ( dzielnica na zachodzie)  jest zimno i pochmurno, więc biorę kurtkę, a jak dojadę do centrum świeci słoneczko i muszę męczyć się z niepotrzebnym bagażem.
Nie da się przewidzieć pogody, która zmienia się co 5 min. Jeden sezon cały rok, a potrafi zaskakiwać.


Treasure Island
Widok na Bay Bridge

czwartek, 25 lipca 2013

Na początek

Życie w San Francisco. Zanim przeprowadziłam się do tego miasta, nic o nim nie wiedziałam. Czasami obiło mi się o uszy to miejsce, ale z niczym nie potrafiłam go skojarzyć. Wstyd bo jest naprawdę ciekawym miejscem. Wartym opisania. Dlatego postanowiłam prowadzić bloga. Nie wiem czy ktokolwiek będzie go czytać, ale może kiedyś jak ktoś będzie poszukiwał informacji o San Francisco, trafi właśnie tutaj i może znajdzie jakieś przydatności. Postaram się pisać prawie codziennie. Opowiadać o mniej i bardziej ważnych rzeczach, ludziach, miejscach, wydarzeniach. Wydaje mi się że warto, bo prawie codziennie coś tu się dzieje i jest wiele do opisania. Mam nadzieję, że chodź trochę poczujecie się jak w San Francisco, mieście gdzie narodził się nurt hipisowski i mimo małego metrażu, mieści w sobie wiele kultur i ukrytych skarbów. Zapraszam.

Kilkanaście milionów turystów rocznie z całego świata nie może się mylić przyjeżdżając tutaj.


Golden Gate Bridge