Pewnie wiele osób ciekawi jak znalazłam się w San Francisco. Historia długa do opowiedzenia w sam raz do poczytania przed snem żeby zanudzić. Sama jeszcze nie wiem czy mam odwagę opowiedzieć wszystko w szczegółach, ale na wstępie powiem, że moja podróż nie należała do najprzyjemniejszych, ciagneła sie przez prawie całe moje życie i mimo tego że wiedziałam co mnie czeka, nie chciałam się z tym pogodzić. To co teraz przeczytacie pozwoli wam poznać mnie trochę lepiej. Co mnie ukształtowało i sprawiło że jestem jaka jestem. Proszę o wyrozumiałość do błędów pisemnych, polonistką nie jestem a chcę tylko przekazać to co mam w głowie. Podzielę moją historię na kilka części, bo sama muszę przemyśleć jak to wszystko przekazać. A więc zaczynamy
Część Pierwsza
Wszystko zaczęło się na początku lat 90tych kiedy moi rodzice znaleźli artykuł w gazecie o loterii na zieloną kartę do Stanów Zjednoczonych. Cała rodzina od strony mojej mamy wraz z nami wysłała swoje losy. Wygrała babcia. Po świętach Bożego Narodzenia 1993 poleciała wraz z dziadkiem i moimi młodszymi wujkami do Nowego Świata. Miałam wtedy 2 latka i machałam raczka do samolotu. Później za każdym razem jak widziałam samolot mówiłam że babcia leci.
Wyjazd dziadków nakręcił moich rodziców jeszcze bardziej, bo drzwi do Stanów zostały otwarte. Plan był prosty, dziadkowie po kilku latach mogli złożyć papiery o Amerykańskie obywatelstwo, tym samym poprzez tzw 'łączenie rodzin' pomóc nam się tam dostać. Proces był długi i żmudny. A ja przez te lata wychowywałam się w Polsce lat 90tych. Nie powiem że było łatwo, ale kochałam moje otoczenie. Zakochiwałam się w Polsce coraz bardziej wraz z każdym sezonem. Kochałam powietrze wiosenne i kwitnące mirabelki, uwielbiałam wyjeżdżać nad jeziora latem, jesienią kopać złote liście i zbierać kasztany, a zimą lepić bałwany i chodzić na sanki. Mimo narzekań ludzi wkoło mnie, stałam się patriotką, wstąpiłam do harcerstwa i byłam (i nadal jestem) dumna z tego że jestem Polką.
Jednak Ameryka dawała o sobie znać. Najczęściej w telewizji. Pamiętam jak oglądałam z mamą znany serial "Doktor Quinn" gdzie akcja działa się w Kolorado. W jednym odcinku była susza a bohaterowie mieszkający na pustyni nie mieli wody. Jako małe dziecko strasznie się tym przeraziłam i stwierdziłam, że nigdy nie zamieszkam na pustyni.
Jak jeździliśmy samochodem i co jakiś czas podskakiwaliśmy na krzywiznach . Tata mówił że "w Ameryce są proste drogi!" A mi było szkoda Amerykanów, że nie poskaczą sobie na drodze jak skoczkowie narciascy. Bo mimo mojej choroby lokomocyjnej te skoki były zabawne.
Babcia raz na jakiś czas wysyłała nam paczki. Co prawda były to tylko chińskie rzeczy kupione w dolarowym sklepiku, ale wśród moich rówieśników, piórnik z Ameryki był czymś super, co z tego że długopisy "made inhina" nie działały. Ja jakoś nie pałałam miłością do tych rzeczy. Jako szara myszka z natury, chciałam być jak innie dzieci, wmieszać się w tłum, być normalna. Jednak pewne sprawy mi to utrudniały. Między innymi to, że moja rodzina nie jest katolicka. Nie chodziłam na religie, na komunie i według dzieci nie wierzyłam w tego prawdziwego Boga. Mimo tego że rodzice nie chcieli żebym chodziła na religie, ja przychodziłam. Dodatkowo słuchałam Jacksona i muzyki klasycznej. Rówieśnicy śmiali się ze mnie, bez przerwy. Wesoło im było bo do klasowych Asów nie należałam. Dysleksja mi nie pomagała i uczyłam się okropnie, a czerwonego paska na świadectwie nigdy nie widziałam. Szóstki dostawałam jedynie z plastyki, co ratowało moją średnią. Dzieci się ze mną nie bawiły, mało tego, mówiły mi to prosto w twarz że jednem inna i że nie będą się ze mną bawić. Płakałam w nocy z tego powodu. I mimo takich problemów obarczonych na 10 letnim dziecku, kiedy mama powiedziała mi w 3 klasie, że papiery na nasz wyjazd zostały wysłane i wyjedziemy do Stanów, ja się rozpłakałam. Nie chciałam jechać. Mimo stresu który codziennie przeżywałam, ludzi którzy byli wredni, ja chciałam zostać. Nienormalne prawda?
Jednak do naszego wyjazdu było jeszcze daleko. Musieliśmy czekać w kolejce aż rozpatrzą nasze papiery o Zielone Karty. Więc myślenie o Stanach schowało się w najdalszym i najciemniejszym kącie mojej głowy.
c.d.n
Fajnie napisane. :) Nie znałem Cię od tej strony i nie wiedziałem że tak wyglądało Twoje dzieciństwo. Jak to mówią: "Co Cię nie zabiję, to Cię wzmocni"
OdpowiedzUsuńTwoja oryginalność zawsze stanowiła o Twojej wyjątkowości jako Osoby- w bardzo pozytywnym sensie, pamiętaj o tym :)
OdpowiedzUsuńcieszę się, ze cały czas prowadzisz tego bloga, czytam każdy Twój wpis ;)
pozdrawiam ciepło z Krakowa!
Ale jednego nie rozumiem. Czemu wolałaś zostać w Polsce? W USA jest lepiej. To kraj szans i nadziei. American Dream! Ja bym skakał z radości, gdybym mógł się tam przeprowadzić, bo nie cierpię polski. Nie rozumiem Twojej fascynacji tym krajem, zwłąszcza że koledzy i koleżanki nie traktowali Cię tu zbyt dobrze...
OdpowiedzUsuńCicho, nie peszyc pisarki.......Bo juz nic nie napisze
OdpowiedzUsuń